29 maj 2016

Rozdział I



 Zatrzymuję się na końcu krawężnika, tuż przed skrzyżowaniem. Łapczywie chwytam do płuc kolejną porcję powietrza, wyjmując z uszu splątane słuchawki. Ocieram dłonią spocone czoło, do którego kleją się kosmyki moich orzechowych włosów. Wpatruję się w oddalone o kilka kilometrów molo. Mrużę oczy, by uzyskać efekt zlewających się ze sobą kolorowych świateł. Teraz wygląda przepięknie. 
Dochodzi zmrok, ulice powoli pustoszeją, a szereg samochodów, który przed sobą widzę zaczyna ruszać. Uwielbiam biegać o tej porze. Nie żeby promienie słońca i delikatny poranny wietrzyk nie były przyjemne-po prostu wieczorem potrafię się bardziej skupić i zrelaksować. Poza tym jogging to świetny sposób na zapoznanie się z nową okolicą. Do Chicago dotarłam zaledwie pięć godzin temu. Wciąż nie rozpakowałam kartonowych pudeł i nie przygotowałam stroju na rozpoczęcie nauki w liceum. Decyzję o przeprowadzce podjęła mama, a ja nie sprzeciwiałam się jej zbytnio. W Londynie zostawiłam wszystkie najgorsze wspomnienia, do których nie chcę wracać. 
Stoję jeszcze chwilę, nadal próbując uspokoić oddech. Sprawdzam godzinę i ostatnie przychodzące wiadomości i połączenia. Mama jeszcze nie zadzwoniła, co jest do niej niepodobne. Pech chciał, że pracuje jako policjantka, a przestrzeganie ciszy nocnej i powrót do domu przed 21:00 to dla niej święte i niepodważalne prawo. Zostało mi jeszcze piętnaście minut. Z powrotem zakładam słuchawki, włączając najnowszy cover Jasmine Thompson i ruszam w kierunku Black Street. Biegnę nieco szybszym tempem niż zazwyczaj, żeby zdążyć na czas. Zwykle wybieram inny skrót, ale tym razem nie chcę ryzykować. Po kilku męczących minutach przykładam płonące czoło do ceglanej ściany budynku. 
- Cholera, Jason! Nie zniosę tego dłużej! Wygrywa każdą konkurencję!- krzyki dobiegające zza ściany skutecznie odrywają mnie od treningu.
Z rezygnacją wyłączam telefon i zaczynam biec dalej, tym razem jeszcze wolniej.
- Mówiłem, że tak będzie. Chce zająć twoje miejsce. Trzeba się nim zająć…
Z każdą chwilą rozmowa zdaje się przybierać na sile, dlatego postanawiam przyspieszyć, ale uniemożliwia mi to ceglana ściana.
- Co jest…- mruczę, zatrzymując się.
Mam wrażenie, że przez cały ten czas biegam w jednym i tym samym miejscu. Odwracam się i już wiem, że to nie wrażenie. Ja jestem w tym samym miejscu, otoczona przez cztery ceglane ściany. Mama wspominała mi kiedyś o ślepych zaułkach. To musi być jeden z nich. Gorączkowo rozglądam się dookoła, klnąc pod nosem na wszelkie możliwe sposoby.
 Po chwili rozmowa dwóch mężczyzn cichnie. Zdezorientowana wpatruję się w stertę zużytych opon, którą oświetlają uliczne latarnie. Słyszę kroki. Czuję się jak sparaliżowana. Najciszej jak potrafię przemykam w ich kierunku, schylając głowę. Zastygam w bezruchu, wytężając wzrok. Lampy rzucają żółte światło na dwie zakapturzone postaci, zmierzające w moim kierunku. Po chwili zatrzymują się tuż przed stertą opon, za którymi jestem schowana. Oddech więźnie mi w gardle. Wpatruję się w nich, niemal w ogóle nie mrugając. Wyraźnie widać, że nad czymś się zastanawiają.
- Gliny?- pyta jeden z nich, chyba Jason.
- Możliwe. Mogli nas namierzyć przez tego idiotę. Zmywam się, a ty do cholery zrób to samo!
Patrzą przed siebie jeszcze chwilę i gdy już mam wrażenie, że mój kręgosłup dłużej nie wytrzyma, wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i znikają tak szybko, że nie udaje mi się ustalić, w którą stronę pobiegł każdy z nich. W napięciu wyczekuję na dalszy rozwój wydarzeń, wyobrażając sobie atak dwóch podejrzanych typów, ale nic takiego nie następuje. Za dużo filmów sensacyjnych Sky.
Gdy wydaje mi się, że jest bezpiecznie, wychodzę z ukrycia. Z grymasem na twarzy dotykam mojej sportowej koszulki. Zapach lawendowego proszku do prania zastąpiła spalona guma.
-Wspaniale…- mruczę, strzepując kurz, tym razem ze spodenek. 
Dopiero teraz dociera do mnie, co właśnie się wydarzyło. W myślach nagradzam się za tak sprytne wybrnięcie z sytuacji i skręcam w lewo, w końcu odnajdując właściwą drogę. Rzucam się biegiem w znajomym mi już kierunku, błagając w duchu żeby zdążyć na czas. 
Z moją mamą nie ma żartów i dobrze wiem, że moje spóźnienie przypłacę szlabanem i obcięciem kieszonkowego. Jest naprawdę przewrażliwiona na punkcie mojego bezpieczeństwa. Moje myśli znów zaczynają się skupiać na dwóch zakapturzonych postaciach. Gdyby nie to, że byłam przerażona, z pewnością zaczęłabym doszukiwać się jakichś śladów lub drogi, którą pobiegli. Tam, gdzie było coś podejrzanego, kryło się też niebezpieczeństwo. Nie chcę ponownie się w nim znaleźć. Dzisiejszy wieczór potraktuję jako przypadek, coś mogło się zdarzyć dosłownie każdemu, w dosłownie każdym miejscu. Potrząsam głową, próbując odpędzić od siebie czarne scenariusze. Tak się zdarza. Telewizja i prasa nieraz pisały o atakach terrorystów, handlu narkotykami, obrabowaniu banku. Dlaczego miałabym się przejmować spotkaniem dwóch chłopaków, prawdopodobnie zwykłych wandali? Z większym już przekonaniem biegnę dalej, uspokajając świszczący oddech. Ruch mi pomaga. Jest jak odskocznia i lek na wszystkie dolegliwości. Mogłabym przebiec jeszcze kilka kilometrów, żeby całkowicie się odprężyć, ale cieszę się, widząc biały, nisko osadzony dom otoczony prostym, metalowym ogrodzeniem. Z poczuciem bezpieczeństwa przechodzę przez schludny trawnik, po czym staję tuż przed drzwiami, szukając w kieszeniach spodenek odpowiedniego klucza. Gdy udaje mi się go odnaleźć, wchodzę do środka, starając się bezszelestnie przejść po schodach. Ku mojemu zdziwieniu mieszkanie spowija mrok. Jedyne, co słyszę to piskliwy głos dziennikarki relacjonującej ostatnie wydarzenia. Pospiesznie wyłączam telewizor. To niemożliwe, żeby mama już spała. Domyślam się, że musiała dłużej zostać w pracy. Powoli stawiam kroki, zbliżając się do mojego nowego pokoju. Oddycham z ulgą, widząc, że wszystkie rzeczy pozostały nienaruszone. Ostatnim razem mama postanowiła doprowadzić moją garderobę do porządku, w wyniku czego połowa moich ulubionych ubrań wylądowała w worku. Marszczę nos na to wspomnienie, idąc w stronę łazienki. Zapalam światło, przyglądając się dziewczynie, którą widzę w szklanym odbiciu. Jej ciemnobrązowe włosy są w całkowitym nieładzie, policzki ma zaróżowione od intensywnego biegu, a pod demonicznie błękitnymi oczami malują się dwa fioletowe cienie. Wzdycham przeciągle, odrywając wzrok od lustra. Chyba nigdy nie zdołam wyglądać jak biegaczki z reklamy Nike. 
Uwalniam pasma, które były upięte w luźny kok, po czym odkręcam wodę. Przyda mi się ciepły, orzeźwiający prysznic. W pospiechu ściągam zakurzone ubrania i znajduję się pod strumieniem gorącej cieczy, który skutecznie mnie uspokaja. Pozwalam, by napięte mięśnie choć trochę się rozluźniły. Nie myślę teraz o niczym. Głosy zakapturzonych postaci oddalają się ode mnie, podobnie jak strach i przerażenie. Stoję nieruchomo jeszcze przez kilka minut, rozkoszując się przyjemnym ciepłem. Gdy wychodzę spod prysznicowej kabiny, czuję się o wiele lepiej. Delikatnie osuszam włosy i owijam się ręcznikiem, przemykając na palcach do pokoju. Otwieram białą szafę w poszukiwaniu piżamy. Tuż po przyjeździe zajęłam się przełożeniem ubrań z kartonowych pudeł. Przesuwam kolejne wieszaki, w końcu znajdując bluzkę na ramiączkach i krótkie spodenki. Nucę ostatnio usłyszaną piosenkę, przebierając się w pachnące rzeczy. 
Po moich stopach przebiega lodowaty podmuch wiatru. To dziwne… Byłam pewna, że zamknęłam wszystkie okna przed wyjściem z domu. Wzruszam ramionami, przechodząc do sypialni mamy, skąd dochodzi przeciąg. Zamykam okno, zaciągając zasłony. Odnoszę przy tym dziwne wrażenie bycia obserwowaną. Obracam się po niemal pustym pomieszczeniu, nie dostrzegając niczego podejrzanego. Przecieram zmęczone powieki. Chyba zaczynam wariować... Gaszę światło, wracając z powrotem do pokoju i znów czuję, że ktoś podąża w ślad za mną. Niemal słyszę cichy śmiech i zbliżające się kroki. Zamieram w bezruchu, nie mając odwagi się odwrócić. Mam wrażenie, że serce za chwilę wyskoczy mi z piersi. Po chwili czuję dotyk czyjejś dłoni na moim ramieniu. Wyrywam się z uścisku, krzycząc.
- Sky! Wszystko w porządku? - znajomy głos przywołuje mnie do rzeczywistości.
Mama.
- Ja… Tak, wszystko gra -dyszę- Od jak dawna jesteś w domu? - staram się nie dać po sobie poznać jak bardzo jestem zdenerwowana.
- Kochanie, jestem tu odkąd poszłaś pobiegać. Postanowiłam przełożyć zlecenie na następny dzień, żeby rozpakować chociaż część bagaży. Swoją drogą, powinnaś zrobić to samo… - śmieje się, obejmując mnie ramieniem.
Zmuszam się do uśmiechu, oddychając z ulgą. Była tutaj przez cały czas. Kroki i szyderczy śmiech musiałam słyszeć jedynie w mojej głowie.
- Przygotowałaś się już na jutro? Pamiętaj, pierwszy dzień w nowym liceum to ważna chwila - mówi podekscytowana.
- Tak, mam już wszystko - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Formularz zgłoszeniowy?
- Jest w torbie.
- Rozkład zajęć, lista podręczników?
- Leżą na biurku.
- A twój mundurek, podkolanówki? Wyjęłaś z szafy marynarkę? Zupełnie o niej zapomniałam…
- Mamo, proszę uspokój się. Wszystko jest pod kontrolą - uśmiecham się szczerze, unosząc kciuk do góry.
- Niech będzie, przepraszam. Wiesz, że się o ciebie martwię.
- Wiem i to doceniam, naprawdę. Czasem martwisz się aż za dużo.
- Nie sądzę, Sky - mówi poważnie - Nie chcę po raz drugi przeżywać śmierci mojego dziecka - dodaje, po czym zakrywa usta ręką, zdając sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziała.
Mój żołądek zaciska się w supeł, a ja nie jestem zdolna do nabrania powietrza w płuca.
- Kochanie, przepraszam! Nie chciałam o tym wspominać - na jej twarzy maluje się ból i cierpienie.
Kiwam głową na znak zrozumienia. Stoimy na środku korytarza w całkowitej ciszy. Po chwili mama całuje mnie w czoło, po czym znika za sąsiednimi drzwiami. Potrzebuję kilku sekund, by ruszyć się z miejsca. Wracam do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Gdy tylko przekręcam klamkę, czuję jak po moich policzkach spływają słone łzy. Osuwam się na podłogę. Wszystkie wspomnienia powracają do mnie ze zdwojoną siłą. 
Tajemniczy uśmiech mojego brata.
Jego zniknięcie. 
Ethan wskakujący na motor. 
Pisk opon na rozgrzanym od słońca asfalcie. 
Krzyk i przyjazd pogotowia…
Nabieram łapczywie powietrza, przykładając policzek do chłodnej ściany. Minął już rok odkąd widziałam go po raz ostatni.
Zamykam oczy, wyobrażając sobie pogodną twarz brata. Taki właśnie był - radosny, pełen życia i optymizmu, wciąż poszukujący nowych przygód. Był, dopóki nie zaczął uciekać z domu. Tylko mnie opowiadał o nielegalnych wyścigach, włamaniach, których dokonał i bójkach, które doprowadziły go do szaleństwa. To chęć bycia najlepszym, chęć dokonywania niemożliwego go zgubiła. Stał się taki jak mój ojciec. Nie był już tym Ethanem, którego znałam. Nie był już tym chłopakiem, który uczył mnie jeździć na rowerze, śmiał się z moich kiepskich żartów i krył przed mamą, gdy stłukłam naczynia. Nie był już moim bratem. Stał się obcym człowiekiem, dla którego liczyła się jedynie adrenalina i pieniądze. 
Niemal czuję jak moje serce rozpada się na tysiąc drobnych kawałków, których już nikt i nic nie będzie w stanie pozbierać. Wybucham płaczem, nie zwracając uwagi na to, czy mama mnie usłyszy. Zmuszam się do podniesienia z podłogi, po czym kładę się na łóżku. Okrywam przemarznięte ramiona kołdrą, kuląc nogi pod brodę. Nawet w ciemności potrafię dostrzec radosne spojrzenie czarnych oczu mojego brata i dołeczki w jego policzkach, gdy się uśmiecha. Ocieram łokciem kolejną porcję łez.
Zasypiam, mając przed oczami widok odjeżdżającego motoru. Chcę pobiec za nim, chcę ostrzec Ethana. Nim jednak udaje mi się cokolwiek zrobić pochłania mnie ciemność…





Od autorki: Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przeczytali rozdział pierwszy! (Na wstępie zaznaczam, że nie jest to opowiadanie fantasy, chociaż wiem, że tytuł oraz wygląd bloga mogą na to wskazywać). Co o nim sądzicie? Koniecznie napiszcie w komentarzu, to motywuje mnie do dalszego tworzenia! :) Czekam na Wasze opinie! Do zobaczenia!