4 lip 2016

Rozdział II




 Otwieram oczy. Przez okno mojej sypialni przedostają się pierwsze promienie słońca. Przykładam dłoń do pulsującego czoła, próbując uśmierzyć ból. Z ociąganiem podnoszę się z wygodnego materaca, niedbale ścieląc łóżko. Sięgam po świeżo wyprasowany mundurek - prostą białą koszulę, granatową plisowaną spódniczkę, marynarkę z emblematem szkoły, czarne podkolanówki i lakierki, biorę pod pachę kosmetyczkę, po czym wchodzę do łazienki. Gdy mam już na sobie niewygodny strój, przemywam policzki chłodną wodą, próbując złagodzić opuchliznę pozostawioną przez wczorajsze łzy. Nakładam na twarz trochę korektora by przykryć cienie pod oczami i śladowe ilości tuszu do rzęs, którym niewiele go potrzeba. Rzucam szybkie spojrzenie w kierunku lustra, oceniając efekt końcowy. Jestem teraz lepszą wersją Sky. Poprawiam jeszcze delikatnie splątane pasma włosów, po czym zbiegam na dół. 
W kuchni unosi się aromat świeżo parzonej kawy. Wdycham przepiękną woń, nalewając do kubka gotowe espresso. Żołądek mam wciąż zaciśnięty w supeł, dlatego rezygnuję ze śniadania. Opierając się o blat, dostrzegam małą karteczkę przypiętą magnesem do lodówki.
„ Przepraszam, że wyszłam bez pożegnania, ale to nagły wypadek w pracy. Nie chciałam cię budzić. Kluczyki do samochodu leżą na stole, nie zapomnij o dokumentach i drugim śniadaniu!
Całuję, mama”
Uśmiecham się pod nosem, chowając kartkę do kieszeni gryzącej mnie marynarki, po czym zabieram ze stołu kluczyki, jabłko, butelkę wody mineralnej i kieruję się na podjazd.
Słońce wciąż grzeje zaskakująco mocno. Wygląda na to, że nadal nie przywykłam do amerykańskich warunków pogodowych…
Otwieram drzwiczki czarnego Range Rovera, wpuszczając do środka samochodu ciepłe powietrze. Do tej pory nie potrafię uwierzyć, że mama zdecydowała się powierzyć go w moje ręce. Ostatnim razem, gdy próbowałam zaparkować, uderzyłam w znak drogowy, pozostawiając na bagażniku wgniecenie i rysę. Śmieję się cicho, przeklinając moją niezdarność. Dopiero teraz zaczynam się denerwować perspektywą samodzielnego dojazdu do Black College. Uruchamiam GPS, wyjeżdżając z podjazdu. Robię to oczywiście zbyt gwałtownie, wciąż nie mogąc się przyzwyczaić do kierownicy znajdującej się po prawej stronie. To kolejna rzecz, która sprawia że Chicago i Londyn wydają się być dwoma odmiennymi światami. Udaje mi się jednak zapanować nad pojazdem, dlatego reszta drogi do szkoły upływa mi w miarę spokojnie. Po piętnastu minutach błądzenia wśród wąskich uliczek docieram na parking Black College. Z podziwem przyglądam się ogromnemu białemu budynkowi, który się przede mną rozpościera. Całość jest utrzymana w nowoczesnym, minimalistycznym stylu. Główne wejście zdobi spory napis prezentujący nazwę szkoły. Dostrzegam w oddali kolejne segmenty, metalowe ławeczki, boisko, a także idealnie przystrzyżony trawnik. Parking zaczyna się powoli zapełniać coraz większą ilością samochodów, dlatego czym prędzej kieruję się w stronę wejścia. Pierwsze na co zwracam uwagę to to, że korytarz wygląda dokładnie tak, jak go sobie wyobrażałam -  rodem z amerykańskich filmów. Muszę przyznać, że jest to miła odmiana dla ponurych, zabytkowych pomieszczeń mojej dawnej szkoły. Powoli mijam szereg granatowych szafek, w końcu odnajdując tę z numerem 315. Zostawiam w niej plecak, pudełko z lunchem oraz większość podręczników, biorąc jedynie te, które będą mi potrzebne na pierwszą lekcję. Dorzucam jeszcze rozkład zajęć oraz segregator z dokumentami i mój stos do dźwigania jest już gotowy. Walcząc z ciężkimi przedmiotami ruszam przed siebie, próbując odnaleźć kolejny punkt na mojej liście, którym jest sekretariat. Niestety, nie udaje mi się dostrzec nic poza sztywną okładką jednej z moich książek. 
 - Hej, wyglądasz zabawnie z taką ilością podręczników, wiesz? - odwracam się na pięcie, słysząc czyjś głos.
Bez wątpienia należy do uśmiechniętego chłopaka, który opiera się o jedną z szafek. Niedbale przeczesuje palcem gęste blond włosy, wprawiając mnie tym gestem w zakłopotanie. Mam nadzieję, że nie widzi, jak z podobnym zainteresowaniem wpatruję się w jego intensywnie brązowe oczy i równie ciemne brwi. Dopiero po chwili zauważam, że porusza ustami, prawdopodobnie coś do mnie mówiąc. 
  - Pytałem, czy czasem nie przydałaby ci się pomoc? -udaje mi się zrozumieć, a na jego twarzy znów pojawia się olśniewający uśmiech.
Cholera, ma też przepiękny amerykański akcent.

-Hmmm…. Tak, to znaczy… Byłabym ci wdzięczna. To znaczy, to chyba byłoby w porządku. To znaczy, niech będzie… - wyrzucam z siebie kolejne słowa, niezdolna zapanować nad drżącymi wargami.
Uśmiech na jego twarzy blednie, a ja przeklinam się w duchu za to, co właśnie powiedziałam. Wydaje mi się, że zaczynam się czerwienić, ale w tej chwili kolor moich policzków nie ma większego znaczenia. Przyglądam się wnikliwie jego poważnej minie i ściągniętym brwiom, mając nadzieję, że to pomoże mi odgadnąć, co właśnie sobie o mnie pomyślał. Ta chwila zdaje się trwać wieki i  już zaczynam rozważać ucieczkę, gdy nagle chłopak wybucha niekontrolowanym śmiechem. Nie jestem pewna, czy powinnam się śmiać razem z nim, czy też ukryć się w swojej szafce i już nigdy z niej nie wychodzić. 
- Przepraszam, jesteś taka zabawna - udaje mu się wykrztusić pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu.
Teraz jestem już właściwie pewna, że moje policzki płoną. Ukrywam twarz w dłoniach, upuszczając tym samym stertę książek na podłogę. Czy może być jeszcze gorzej? Nim udaje mi się otrząsnąć i pozbierać wszystkie upuszczone przedmioty, blondyn już mi je podaje.
- Dziękuję, właśnie widziałeś mistrzynię kompromitacji - żartuję, powoli odzyskując głos.
- Drobiazg. Muszę przyznać ci rację. Będę się musiał zastanowić, czy w ogóle chcę z kimś takim rozmawiać - dodaje, a po chwili oboje wybuchamy śmiechem.
- Wiesz, gadamy tak od dobrych paru minut, a ja nie zdążyłem ci się nawet przedstawić. Jestem Drake - wyciąga w moim kierunku dłoń, którą ściskam.
- Sky - odpowiadam mu tym samym.
- W takim razie Sky, w czym mogę ci pomóc?
- Szukałam sekretariatu. Muszę oddać formularz zgłoszeniowy i podpisać kilka papierów - wyjaśniam.
- Chodź za mną - Drake ciągnie mnie za rękę, wciąż niosąc moje podręczniki.
Mijamy grupkę uczniów zbiegającą po schodach, po czym docieramy na pierwsze piętro. Wyrywam się z uścisku chłopaka i staję na środku korytarza, z zachwytem spoglądając na staroświecki wystrój pomieszczenia. Wnętrze piętra skąpane jest w blasku tysiąca kolorów emanujących z ogromnego witraża znajdującego się po przeciwległej stronie. Uroku dodają również nisko przymocowane żyrandole oraz kandelabry umiejscowione przy poręczy schodów. Drzwi prowadzące do klas zdają się przypominać portale katedr, a czarno-białe fotografie absolwentów oprawione w kunsztownie zdobione ramy wyglądają niczym obrazy namalowane przez jednego z dawnych malarzy.
- To stara część budynku, nie została jeszcze odnowiona - tłumaczy Drake, widząc jak z uwagą studiuję kolejne elementy wystroju wnętrza.
- Jest niesamowita. Szkoła, do której chodziłam wcześniej była co prawda w starym stylu, ale nic nie może się równać z tym, co zobaczyłam dzisiaj - odpowiadam, raz jeszcze mierząc wzrokiem przepiękny witraż.
- W takim razie powinnaś zobaczyć bibliotekę. Jestem przekonany, że będziesz w niej zakochana. Ale czy nie miałem pokazać ci sekretariatu? Te twoje książki robią się naprawdę ciężkie… - chłopak daje mi żartobliwego kuksańca w bok.
- Hmm… Biblioteka będzie musiała zaczekać - przytakuję, śmiejąc się.
Gdy stajemy przed piątymi z kolei drzwiami, blondyn ostrożnie podaje mi stos podręczników. Uśmiecham się z wdzięcznością, sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu.
- Idź. Zaczekam na ciebie - mówi, siadając na jednej z korytarzowych ławeczek.
Kiwam głową, pukając dwa razy w masywne wrota. Słysząc niski, chrapliwy głos po drugiej stronie wzdrygam się, wchodząc do środka. 
Sekretariat wygląda naprawdę imponująco. Główną część pomieszczenia zajmuje spore, lakierowane biurko, na którym dostrzegam lampę naftową oraz otwarty laptop. Po lewej stronie umiejscowiony jest kominek z radośnie trzaskającymi płomieniami ognia. Moją uwagę przykuwa też ogromna gablota z tysiącem równo poukładanych segregatorów i teczek. 
- Ekhm… - odwracam się na pięcie, ponownie słysząc nieprzyjemny głos.
Przyglądam się potężnej kobiecie, siedzącej za równie sporym biurkiem. Na jej czole i policzkach maluje się kilka wyraźnych zmarszczek, które częściowo zakrywają kocie oprawki okularów. Siwe pasma włosów są starannie upięte w kok. Zauważam błyszczącą plakietkę z napisem „Elizabeth Stone” , przypiętą do granatowego swetra, tuż nad logo szkoły. 
- Dzień dobry. Przyniosłam formularz zgłoszeniowy - zauważam, że mówię cichym, nerwowym głosem.
Kobieta przywołuje mnie do siebie gestem ręki, dlatego z ociąganiem podchodzę do biurka.
- Imię i nazwisko - mówi, kartkując wcześniej wyjętą teczkę.
- Sky Lancaster - odpowiadam nieco głośniej.
- W porządku, podaj mi go - odbiera ode mnie formularz, umieszczając go w odpowiednim miejscu - Tutaj jest kopia twojego planu lekcji, lista dodatkowych zajęć, które będziesz musiała wybrać w tym tygodniu i najważniejsze… - przerwała, spoglądając na mnie surowo zza okularów - regulamin, którego bezwzględnie musisz przestrzegać, czy to jasne? - jej pytanie brzmi jak groźba.
- Tak, oczywiście - odpowiadam grzecznie, starając się nie okazać zdenerwowania.
- Świetnie. Możesz już iść - uśmiecha się sztucznie, wracając do przeglądania zawartości segregatora.
- Dziękuję, do widzenia - dodaję, choć jestem pewna, że sekretarka nie zwraca na mnie uwagi.
Oddycham z ulgą, zamykając za sobą drzwi.
- Jak pierwsze spotkanie z Elizabeth? - do rzeczywistości przywołuje mnie łagodny głos Drake’a. 
- Jest… Trochę oschła - przyznaję.
- Tylko trochę? Jest niemożliwa… - Drake wydaje się być wyraźnie rozbawiony - W zeszłym roku wysłała mnie do dyrektora tylko dlatego, że zgubiłem plan lekcji. Black był wściekły, że przychodzę do niego w tak błahej sprawie - uśmiecha się, gestem dłoni wskazując mi kierunek, w którym mamy iść.
Ja również się uśmiecham, choć nie jestem pewna czy to ze względu na jego zabawne wspomnienie, czy na dwa dołeczki malujące się na jego twarzy. 

Tak, to zdecydowanie przez dołeczki.

Potrząsam głową, skupiając się na słowach Drake’a.
- Obawiam się, że nie zdążę teraz pokazać ci biblioteki, ale obiecuję, że nadrobimy to po lekcjach - mówi, prowadząc mnie na parter.
Kiwam potakująco głową, ciesząc się na myśl, że spędzę z nim trochę więcej czasu. 
Znów jesteśmy w nowej części budynku, otoczeni przez uczniów czekających pod klasami. Chłopak zatrzymuje się przy jednej z nich.
- To klasa biologiczna- wyjaśnia - Niestety, mam w tym czasie algebrę, ale z tego co wiem spotkamy się razem na angielskim - mruga do mnie, po czym znika za rzędem szafek.
Dotykam dłonią palących mnie policzków, uśmiechając się od ucha do ucha. Grupa dziewczyn stojących naprzeciwko zdaje się mierzyć mnie gniewnym spojrzeniem, ale w tej chwili jest to ostatnia rzecz, którą zamierzam się przejmować. Udaję, że zajmuję się studiowaniem podręcznika, unikając w ten sposób kontaktu wzrokowego. Okazuje się to jednak niepotrzebne, bo uczniowie zaczynają wchodzić do klasy. Podążam w ich ślady, rozglądając się w poszukiwaniu wolnej ławki. Ostatecznie decyduję się na przedostatnie miejsce pod oknem. Spoglądam przez szybę na grupę biegaczy zajmującą jedną z wielu części boiska. Z chęcią znalazłabym się teraz na bieżni…
- Wybaczcie za spóźnienie- odwracam się w kierunku tablicy, spychając myśli o porannej przebieżce na boczy tor.
Przyglądam się łysiejącemu nauczycielowi wchodzącemu do klasy. Ma pogodny wyraz twarzy, a niedbale zawiązany krawat i wysypujące się z teczki papiery sprawiają, że wygląda na nieco roztargnionego. W porównaniu z sekretarką Elizabeth wydaje się być naprawdę w porządku.
- No dobrze, zanim przejdziemy do omawiania dzisiejszej lekcji… - zaczyna, zapisując na śnieżnobiałej tablicy temat - Chciałbym przedstawić wam naszą nową uczennicę… Sky, podejdź proszę  - uśmiecha się, rozglądając się po sali.
Ciężko przełykam ślinę, niezdarnie podnosząc się z miejsca. Czuję, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Wpatruję się w uczniów w obawie, że usłyszą jego łomot. 

Weź się w garść Sky.

Podchodzę do tablicy, stając obok nauczyciela.
- Witaj na moich zajęciach Sky. Nazywam się James Smith, możesz mówić mi po imieniu - wyciąga w moim kierunku dłoń.
Potrząsam nią, uśmiechając się lekko. Mówienie do nauczyciela po imieniu wydaje się być nieco dziwne, a jednocześnie jest miłą odmianą dla typowych zwrotów grzecznościowych.
- Nie chciałbym wprawiać cię w zakłopotanie już na pierwszej lekcji, ale czy mogłabyś przedstawić się klasie? - pyta pan Smith.
Przytakuję, chociaż jest to ostatnia rzecz, na którą mam ochotę. Odwracam się powoli w kierunku uczniów, nerwowo splatając palce.
- Cześć, jestem Sky Lancaster. To mój pierwszy dzień w Black College. Przeprowadziłam się z Londynu - spoglądam ukradkiem w kierunku pana Smitha, mając nadzieję, że to powinno wystarczyć.
Sądząc po jego minie, liczył na większe zaangażowanie z mojej strony, ale cieszę się, widząc że pozwala mi wrócić na miejsce. Klasa również wydaje się nie być w pełni usatysfakcjonowana, mimo to oddycham z ulgą, siadając w swojej ławce.
- Dziękuję, Sky. Skoro mamy to już za sobą, przejdźmy do omawiania budowy fascynującego układu nerwowego - pan Smith zaczyna zapełniać tablicę małym, równym pismem, całkowicie ignorując niezadowolenie uczniów.
Błyskawicznie otwieram zeszyt, starając się zrobić jak największą ilość notatek. Chcę, żeby przynajmniej początkowe oceny wyglądały dobrze. Właśnie przechodzę do zapisywania funkcji komórek nerwowych, gdy nagle drzwi otwierają się z hukiem. Zamieram w bezruchu wpatrując się w wysokiego chłopaka, który wbiega do klasy, zajmując miejsce po przeciwnej stronie. Z irytacją opada na krzesło, niedbale rzucając na oparcie marynarkę. Nie tylko ja patrzę się na niego z zaskoczeniem. Dokładnie przyglądam się jego mocno zarysowanym kościom policzkowym, ciemnym brwiom, zmierzwionym brązowym włosom, a także gęstym czarnym rzęsom okalającym jego popielate oczy. Przenoszę wzrok na jego silne ramiona i dobrze widoczne pod białą koszulą mięśnie, a także klatkę piersiową, która ukazuje jego szybki i nierówny oddech. 

Jest przystojny. Bardzo przystojny.

Potrząsam głową, próbując skupić się na niedokończonej notatce. Nie wytrzymuję jednak długo i znów na niego spoglądam. Przestaję w momencie, w którym odwraca się w kierunku okna. Nie patrzy jednak na nie.
 Całą swoją uwagę skupia na mnie, świdrując mnie spojrzeniem swoich demonicznych oczu. Wstrzymuję oddech, nie potrafiąc się odwrócić. Czuję się obezwładniona przez jego przenikliwy wzrok. W jego spojrzeniu jest coś tajemniczego, coś czego nie potrafię dokładnie rozszyfrować. 
Chwila, która wydaje się trwać całe wieki zostaje przerwana przez szorstki głos nauczyciela.
- Shadow, biegiem do dyrektora - pan Smith cedzi z nieskrywaną nienawiścią, patrząc prosto na bruneta.
Chłopak zaciska zęby, napinając mięśnie. Nie rusza się jednak z miejsca. Wciąż oddycha nerwowo i gdy już wydaje mi się, że nigdy się nie ruszy, gwałtownie uderza krzesłem o linoleum i rzuca ciche przekleństwo, po czym wychodzi z klasy, trzaskając za sobą drzwiami. Wpatruję się to w nie, to w nauczyciela, wciąż nie mogąc się otrząsnąć. Ukradkiem spoglądam na pozostałych. Wracają do sporządzania notatek, szeptania i przesyłania karteczek z wiadomościami. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie wydaje się być zszokowany. Być może takie sytuacje są tutaj na porządku dziennym, a ten cały Shadow nie jest odstępstwem od normy? 
- Tak, o czym to ja… Ach, funkcje komórki nerwowej. Parker, zapiszesz je na tablicy - spoglądam na ucznia wyczytanego przez nauczyciela, który jest wyraźnie wytrącony z równowagi - a wy zrobicie to samo, nie chcę słyszeć żadnych rozmów - dodaje, zapisując coś na jednej z kartek. 

Przełykam ślinę, wracając do pisania. Próbuję skoncentrować się na lekcji, ale poddaję się bez walki. Moje myśli zajmuje teraz ktoś inny. 





Od autorki: Bardzo Wam dziękuję za tyle wspaniałych komentarzy pod rozdziałem pierwszym! Mam nadzieję, że obecny oraz następny rozdział również przypadną Wam do gustu! Wybaczcie za tak długi czas oczekiwania, ale miałam mnóstwo zajęć. Rozdział trzeci pojawi się niebawem! Zachęcam Was do komentowania i dołączenia do obserwatorów, będę niezmiernie wdzięczna! :)

29 maj 2016

Rozdział I



 Zatrzymuję się na końcu krawężnika, tuż przed skrzyżowaniem. Łapczywie chwytam do płuc kolejną porcję powietrza, wyjmując z uszu splątane słuchawki. Ocieram dłonią spocone czoło, do którego kleją się kosmyki moich orzechowych włosów. Wpatruję się w oddalone o kilka kilometrów molo. Mrużę oczy, by uzyskać efekt zlewających się ze sobą kolorowych świateł. Teraz wygląda przepięknie. 
Dochodzi zmrok, ulice powoli pustoszeją, a szereg samochodów, który przed sobą widzę zaczyna ruszać. Uwielbiam biegać o tej porze. Nie żeby promienie słońca i delikatny poranny wietrzyk nie były przyjemne-po prostu wieczorem potrafię się bardziej skupić i zrelaksować. Poza tym jogging to świetny sposób na zapoznanie się z nową okolicą. Do Chicago dotarłam zaledwie pięć godzin temu. Wciąż nie rozpakowałam kartonowych pudeł i nie przygotowałam stroju na rozpoczęcie nauki w liceum. Decyzję o przeprowadzce podjęła mama, a ja nie sprzeciwiałam się jej zbytnio. W Londynie zostawiłam wszystkie najgorsze wspomnienia, do których nie chcę wracać. 
Stoję jeszcze chwilę, nadal próbując uspokoić oddech. Sprawdzam godzinę i ostatnie przychodzące wiadomości i połączenia. Mama jeszcze nie zadzwoniła, co jest do niej niepodobne. Pech chciał, że pracuje jako policjantka, a przestrzeganie ciszy nocnej i powrót do domu przed 21:00 to dla niej święte i niepodważalne prawo. Zostało mi jeszcze piętnaście minut. Z powrotem zakładam słuchawki, włączając najnowszy cover Jasmine Thompson i ruszam w kierunku Black Street. Biegnę nieco szybszym tempem niż zazwyczaj, żeby zdążyć na czas. Zwykle wybieram inny skrót, ale tym razem nie chcę ryzykować. Po kilku męczących minutach przykładam płonące czoło do ceglanej ściany budynku. 
- Cholera, Jason! Nie zniosę tego dłużej! Wygrywa każdą konkurencję!- krzyki dobiegające zza ściany skutecznie odrywają mnie od treningu.
Z rezygnacją wyłączam telefon i zaczynam biec dalej, tym razem jeszcze wolniej.
- Mówiłem, że tak będzie. Chce zająć twoje miejsce. Trzeba się nim zająć…
Z każdą chwilą rozmowa zdaje się przybierać na sile, dlatego postanawiam przyspieszyć, ale uniemożliwia mi to ceglana ściana.
- Co jest…- mruczę, zatrzymując się.
Mam wrażenie, że przez cały ten czas biegam w jednym i tym samym miejscu. Odwracam się i już wiem, że to nie wrażenie. Ja jestem w tym samym miejscu, otoczona przez cztery ceglane ściany. Mama wspominała mi kiedyś o ślepych zaułkach. To musi być jeden z nich. Gorączkowo rozglądam się dookoła, klnąc pod nosem na wszelkie możliwe sposoby.
 Po chwili rozmowa dwóch mężczyzn cichnie. Zdezorientowana wpatruję się w stertę zużytych opon, którą oświetlają uliczne latarnie. Słyszę kroki. Czuję się jak sparaliżowana. Najciszej jak potrafię przemykam w ich kierunku, schylając głowę. Zastygam w bezruchu, wytężając wzrok. Lampy rzucają żółte światło na dwie zakapturzone postaci, zmierzające w moim kierunku. Po chwili zatrzymują się tuż przed stertą opon, za którymi jestem schowana. Oddech więźnie mi w gardle. Wpatruję się w nich, niemal w ogóle nie mrugając. Wyraźnie widać, że nad czymś się zastanawiają.
- Gliny?- pyta jeden z nich, chyba Jason.
- Możliwe. Mogli nas namierzyć przez tego idiotę. Zmywam się, a ty do cholery zrób to samo!
Patrzą przed siebie jeszcze chwilę i gdy już mam wrażenie, że mój kręgosłup dłużej nie wytrzyma, wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i znikają tak szybko, że nie udaje mi się ustalić, w którą stronę pobiegł każdy z nich. W napięciu wyczekuję na dalszy rozwój wydarzeń, wyobrażając sobie atak dwóch podejrzanych typów, ale nic takiego nie następuje. Za dużo filmów sensacyjnych Sky.
Gdy wydaje mi się, że jest bezpiecznie, wychodzę z ukrycia. Z grymasem na twarzy dotykam mojej sportowej koszulki. Zapach lawendowego proszku do prania zastąpiła spalona guma.
-Wspaniale…- mruczę, strzepując kurz, tym razem ze spodenek. 
Dopiero teraz dociera do mnie, co właśnie się wydarzyło. W myślach nagradzam się za tak sprytne wybrnięcie z sytuacji i skręcam w lewo, w końcu odnajdując właściwą drogę. Rzucam się biegiem w znajomym mi już kierunku, błagając w duchu żeby zdążyć na czas. 
Z moją mamą nie ma żartów i dobrze wiem, że moje spóźnienie przypłacę szlabanem i obcięciem kieszonkowego. Jest naprawdę przewrażliwiona na punkcie mojego bezpieczeństwa. Moje myśli znów zaczynają się skupiać na dwóch zakapturzonych postaciach. Gdyby nie to, że byłam przerażona, z pewnością zaczęłabym doszukiwać się jakichś śladów lub drogi, którą pobiegli. Tam, gdzie było coś podejrzanego, kryło się też niebezpieczeństwo. Nie chcę ponownie się w nim znaleźć. Dzisiejszy wieczór potraktuję jako przypadek, coś mogło się zdarzyć dosłownie każdemu, w dosłownie każdym miejscu. Potrząsam głową, próbując odpędzić od siebie czarne scenariusze. Tak się zdarza. Telewizja i prasa nieraz pisały o atakach terrorystów, handlu narkotykami, obrabowaniu banku. Dlaczego miałabym się przejmować spotkaniem dwóch chłopaków, prawdopodobnie zwykłych wandali? Z większym już przekonaniem biegnę dalej, uspokajając świszczący oddech. Ruch mi pomaga. Jest jak odskocznia i lek na wszystkie dolegliwości. Mogłabym przebiec jeszcze kilka kilometrów, żeby całkowicie się odprężyć, ale cieszę się, widząc biały, nisko osadzony dom otoczony prostym, metalowym ogrodzeniem. Z poczuciem bezpieczeństwa przechodzę przez schludny trawnik, po czym staję tuż przed drzwiami, szukając w kieszeniach spodenek odpowiedniego klucza. Gdy udaje mi się go odnaleźć, wchodzę do środka, starając się bezszelestnie przejść po schodach. Ku mojemu zdziwieniu mieszkanie spowija mrok. Jedyne, co słyszę to piskliwy głos dziennikarki relacjonującej ostatnie wydarzenia. Pospiesznie wyłączam telewizor. To niemożliwe, żeby mama już spała. Domyślam się, że musiała dłużej zostać w pracy. Powoli stawiam kroki, zbliżając się do mojego nowego pokoju. Oddycham z ulgą, widząc, że wszystkie rzeczy pozostały nienaruszone. Ostatnim razem mama postanowiła doprowadzić moją garderobę do porządku, w wyniku czego połowa moich ulubionych ubrań wylądowała w worku. Marszczę nos na to wspomnienie, idąc w stronę łazienki. Zapalam światło, przyglądając się dziewczynie, którą widzę w szklanym odbiciu. Jej ciemnobrązowe włosy są w całkowitym nieładzie, policzki ma zaróżowione od intensywnego biegu, a pod demonicznie błękitnymi oczami malują się dwa fioletowe cienie. Wzdycham przeciągle, odrywając wzrok od lustra. Chyba nigdy nie zdołam wyglądać jak biegaczki z reklamy Nike. 
Uwalniam pasma, które były upięte w luźny kok, po czym odkręcam wodę. Przyda mi się ciepły, orzeźwiający prysznic. W pospiechu ściągam zakurzone ubrania i znajduję się pod strumieniem gorącej cieczy, który skutecznie mnie uspokaja. Pozwalam, by napięte mięśnie choć trochę się rozluźniły. Nie myślę teraz o niczym. Głosy zakapturzonych postaci oddalają się ode mnie, podobnie jak strach i przerażenie. Stoję nieruchomo jeszcze przez kilka minut, rozkoszując się przyjemnym ciepłem. Gdy wychodzę spod prysznicowej kabiny, czuję się o wiele lepiej. Delikatnie osuszam włosy i owijam się ręcznikiem, przemykając na palcach do pokoju. Otwieram białą szafę w poszukiwaniu piżamy. Tuż po przyjeździe zajęłam się przełożeniem ubrań z kartonowych pudeł. Przesuwam kolejne wieszaki, w końcu znajdując bluzkę na ramiączkach i krótkie spodenki. Nucę ostatnio usłyszaną piosenkę, przebierając się w pachnące rzeczy. 
Po moich stopach przebiega lodowaty podmuch wiatru. To dziwne… Byłam pewna, że zamknęłam wszystkie okna przed wyjściem z domu. Wzruszam ramionami, przechodząc do sypialni mamy, skąd dochodzi przeciąg. Zamykam okno, zaciągając zasłony. Odnoszę przy tym dziwne wrażenie bycia obserwowaną. Obracam się po niemal pustym pomieszczeniu, nie dostrzegając niczego podejrzanego. Przecieram zmęczone powieki. Chyba zaczynam wariować... Gaszę światło, wracając z powrotem do pokoju i znów czuję, że ktoś podąża w ślad za mną. Niemal słyszę cichy śmiech i zbliżające się kroki. Zamieram w bezruchu, nie mając odwagi się odwrócić. Mam wrażenie, że serce za chwilę wyskoczy mi z piersi. Po chwili czuję dotyk czyjejś dłoni na moim ramieniu. Wyrywam się z uścisku, krzycząc.
- Sky! Wszystko w porządku? - znajomy głos przywołuje mnie do rzeczywistości.
Mama.
- Ja… Tak, wszystko gra -dyszę- Od jak dawna jesteś w domu? - staram się nie dać po sobie poznać jak bardzo jestem zdenerwowana.
- Kochanie, jestem tu odkąd poszłaś pobiegać. Postanowiłam przełożyć zlecenie na następny dzień, żeby rozpakować chociaż część bagaży. Swoją drogą, powinnaś zrobić to samo… - śmieje się, obejmując mnie ramieniem.
Zmuszam się do uśmiechu, oddychając z ulgą. Była tutaj przez cały czas. Kroki i szyderczy śmiech musiałam słyszeć jedynie w mojej głowie.
- Przygotowałaś się już na jutro? Pamiętaj, pierwszy dzień w nowym liceum to ważna chwila - mówi podekscytowana.
- Tak, mam już wszystko - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Formularz zgłoszeniowy?
- Jest w torbie.
- Rozkład zajęć, lista podręczników?
- Leżą na biurku.
- A twój mundurek, podkolanówki? Wyjęłaś z szafy marynarkę? Zupełnie o niej zapomniałam…
- Mamo, proszę uspokój się. Wszystko jest pod kontrolą - uśmiecham się szczerze, unosząc kciuk do góry.
- Niech będzie, przepraszam. Wiesz, że się o ciebie martwię.
- Wiem i to doceniam, naprawdę. Czasem martwisz się aż za dużo.
- Nie sądzę, Sky - mówi poważnie - Nie chcę po raz drugi przeżywać śmierci mojego dziecka - dodaje, po czym zakrywa usta ręką, zdając sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziała.
Mój żołądek zaciska się w supeł, a ja nie jestem zdolna do nabrania powietrza w płuca.
- Kochanie, przepraszam! Nie chciałam o tym wspominać - na jej twarzy maluje się ból i cierpienie.
Kiwam głową na znak zrozumienia. Stoimy na środku korytarza w całkowitej ciszy. Po chwili mama całuje mnie w czoło, po czym znika za sąsiednimi drzwiami. Potrzebuję kilku sekund, by ruszyć się z miejsca. Wracam do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Gdy tylko przekręcam klamkę, czuję jak po moich policzkach spływają słone łzy. Osuwam się na podłogę. Wszystkie wspomnienia powracają do mnie ze zdwojoną siłą. 
Tajemniczy uśmiech mojego brata.
Jego zniknięcie. 
Ethan wskakujący na motor. 
Pisk opon na rozgrzanym od słońca asfalcie. 
Krzyk i przyjazd pogotowia…
Nabieram łapczywie powietrza, przykładając policzek do chłodnej ściany. Minął już rok odkąd widziałam go po raz ostatni.
Zamykam oczy, wyobrażając sobie pogodną twarz brata. Taki właśnie był - radosny, pełen życia i optymizmu, wciąż poszukujący nowych przygód. Był, dopóki nie zaczął uciekać z domu. Tylko mnie opowiadał o nielegalnych wyścigach, włamaniach, których dokonał i bójkach, które doprowadziły go do szaleństwa. To chęć bycia najlepszym, chęć dokonywania niemożliwego go zgubiła. Stał się taki jak mój ojciec. Nie był już tym Ethanem, którego znałam. Nie był już tym chłopakiem, który uczył mnie jeździć na rowerze, śmiał się z moich kiepskich żartów i krył przed mamą, gdy stłukłam naczynia. Nie był już moim bratem. Stał się obcym człowiekiem, dla którego liczyła się jedynie adrenalina i pieniądze. 
Niemal czuję jak moje serce rozpada się na tysiąc drobnych kawałków, których już nikt i nic nie będzie w stanie pozbierać. Wybucham płaczem, nie zwracając uwagi na to, czy mama mnie usłyszy. Zmuszam się do podniesienia z podłogi, po czym kładę się na łóżku. Okrywam przemarznięte ramiona kołdrą, kuląc nogi pod brodę. Nawet w ciemności potrafię dostrzec radosne spojrzenie czarnych oczu mojego brata i dołeczki w jego policzkach, gdy się uśmiecha. Ocieram łokciem kolejną porcję łez.
Zasypiam, mając przed oczami widok odjeżdżającego motoru. Chcę pobiec za nim, chcę ostrzec Ethana. Nim jednak udaje mi się cokolwiek zrobić pochłania mnie ciemność…





Od autorki: Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przeczytali rozdział pierwszy! (Na wstępie zaznaczam, że nie jest to opowiadanie fantasy, chociaż wiem, że tytuł oraz wygląd bloga mogą na to wskazywać). Co o nim sądzicie? Koniecznie napiszcie w komentarzu, to motywuje mnie do dalszego tworzenia! :) Czekam na Wasze opinie! Do zobaczenia!